sobota, 24 września 2011

Isfahan

Przede wszystkim chcemy zdementowac plotki, jako bysmy wchodzili w
rutyne. Ostatnia notka byla pisana ze studia teheranskiej firmy
produkujacej gry komputerowe, gdzie bylismy goscmi, wiec nie wypadalo
nam siedziec dlugo przy laptopie szefa. Dzisiaj nadrobimy wszystkie
zaleglosci, bo w koncu zaczelo sie dziac! ;)

Po cieplym przyjeciu i milo spedzonym czasie w studiu Espris
popedzilismy na spotkanie z mowiaca po polsku znajoma naszej znajomej.
Starym polskim zwyczajem spoznilismy sie. Cale spotkanie zostalo
zorganizowane w duchu PRL-u. Mielismy jej numer zupelnie jej nie
znajac, zadzwonilismy do niej z hotelu i umowilismy sie na spotkanie w
wyznaczonym miejhscu o wyznaczonej porze. Jako ze nie mielismy jak
kontaktowac sie z nia w miedzyczasie, po prostu liczylismy, ze sie
uda.

Pierwszym zaskoczeniem zmiana czasu. Tak, taka sama, jak w polsce dwa
razy do roku. Z naszym szczesciem miala miejsce akurat tego dnia,
ktory mielismy wypelniony dwoma spotkaniami o ustalonych godzinach.
Nam udalo sie zorientowac w czasie, ale nasza kolezanka Miral
przyjechala nieumyslnie godzine za wczesnie... ;)

Przywitala nas perfekcyjna polszczyzna (przez 6 lat studiowla w
Warszawie) i zabrala w podroz na polnoc Teheranu - bogatsza, czystsza
i zdcecydowanie ladniejsza czesc tego miasta. Pojechalismy w gory,
gdzie w turysrtycznym miejscu znalezlismy urocza knajpke z fajkami
wodnymi, herbata i cukrem z szafranem, tutejszym przysmakiem.

Leniochowalo sie bartdzo prztyjemnie, ale o 23.00 mielismy pociag do
Isfahanu. Dotarcie na dworzec okazalo sie dla nas, starych wyjadaczy,
zadnym problemem. Pozytywnie zaskoczyl nas porzadek na dworcu i wysoki
stopien zorganizowania. Przed wejsciem do poczekalni byl "Boarding" -
przeswietlanie bagazy, sprawdzanie biletow i paszportow (przez
policje!). Na peron mogli wejsc tylko odpowiednio przesiani
pasazerowie. Naprawde bardzo mila odmiana po Warszawie Centralnej ;)

Podroz minela nam bardzo milo i szybko - cala przespalismy ;) W
pociagu byly specjalne miejsca do spania, ktorych nigdy nie spotkalam
w polskich pociagach, chociaz Lukasz caly czas upiera sie, ze naprawde
istnieja (a przynajmniej widzial je w Indiach). Do Isfahanu
dojechalismy po 7 rano. Na dworcu zagadnelismy europejsko
wygladajacych chlopakow, czy nie chcieliby wziac z nami taksowki (w
Iranie jezdzenie nie do konca zapelnionymi taksowkami to rzadko
spotykany luksus). Pol godziny pozniej szukalismy juz razem hotelu na
kilka nocy. Po dwoch nieudanych probach ("full, full, go!") nasz nowy
kolega zaproponowal nocleg u niedawno poznanego isfahanczyka, ktory
mieszka ze swoja 87-letnia matka i wynajmuje wolne pokoje w swoim
pieknie polozonym domu. Przyjal nas bardzo goscinnie (bo to chyba
tutaj bardzo, bardzo typowe). Spodziewalismy sie prezentacji pokoju i
uzgodnienia ceny, a wyladowalismy w salonie z herbata, lokalnymi
slodyczami i mnostwem owocow ogladajac BBC News i sluchajac rodzinnych
historii wlasciciela. Po naprawde bardzo dlugim powitaniu zaprowadzil
nas do pokoju. Zdalismy sobie sprawe, ze wlasnie dostalismy pokoj z
najlepszym widokiem w calym miescie: na wprost nas stoja dwie piekne,
zdobione blekitne kopuly meczetow przy placu Imama, a w tle
monumentalne gory. A wszystko po cenie bardziej atrakcyjnej, niz
odwiedzonych przez nas wczesniej hostelach.

Poranem byl bardzo mily, lecz kiedy zebralismy sie na spacer i
zwiedzanie miasta, okazalo sie, ze wszystko jest pozamykane, bo jest
piatek, czyli "muzulanska niedziela". Odwiedzilismy palac Czehelsotun
i imponujace kilkusetletnie mosty nad wyschnieta juz dzisiaj rzeka.
Widok ludzi spacerujacych "po dnie" - bezcenny! Dotarlismy az na droga
strone "rzeki" do ormianskiej (chrzescijanskiej) dzielnicy Jolfa,
nazwanej tak od nazwy miasta pod granica z Azerbejdzanem, skad
Ormianie zostali tu przesiedleni na zyczenie szacha Abbasa Wielkiego.
Bez zmian wszystko bylo pozamykane - z wyjatkiem kosciolow. Powoli
zaczynalo byc coraz gorzej - sklepy byly pozamykane, bolaly nas nogi
(Ade bolaly, nie mnie, ja jestem dzielny) i... niespodziewanie
skonczyla nam sie lokalna waluta! Kantory nie dzialaly. Pieniadze
wlasciwie nie byly nam do niczego potrzebne - mieliosmy w planach
tylko spacerowania i tak naprawde dolary w kieszeni. W koncu jednak
wzielismy taksowke z dusza na ramieniu, ze nie bedziemi mieli jak za
nia zaplacic, jezeli nie znajdziemy kantora ;) Taksowkarz zapewnil, ze
wymiana pieniedzy nie bedzie zadnym problemem. W pelnej konspiracji
podjechal do dwoch niepozornie wygladajacy panow stojacych na rogu
popularnych ulic i skinal na nich dlonia. Poczulismy sie jak w dobrym
filmie sensacyjnym. Niestety, wymiana pieniedzy u cinkciarzy jest tu
ZUPELNIE normalna, wiec byly to tylko nasze niesoelnione nadzieje na
przygode ;) Nowo poznany pan wsiadl do samochodu i podjechalismy za
rog zapatwic interesy.

Bardzo zadowoleni z obrotu sytuacji (mielismy gotowke, wiec moglismy
isc na lody, a przy okazji bylismy juz w centrum z pominieciem dosc
dlugiego spacerku) chcielismy powoli wracac do domu. Na bardzo
zatloczonym "przy niedzieli" placu Imama zaczepil nas czlowiek
prowadzacy rower pytajac ot tak: skad jestesmy. Warto podkreslic, ze
to nic nadzwyczajnego. Odbylismy juz jakies setki kurtuazyjnych rozmow
na ulicy, podczas ktorych nawet sie nie zatrzymywalismy.

- Hello, where are you from?
- Poland, Lachistan!
- Great! Welcome to Iran!

Tym razem jednak cos podkusilo nas, zeby zatrzymac sie na chwilke. Na
oko 40-letni pan ludzaco podobny do Javiera Bardem powiedzial nam, ze
byl w Polsce kilka lat temu na zaproszenie Muzeum Etnograficznego w
Poznaniu. Znal kilka slow po polsku, czym naprawde bardzo nas
zaskoczyl. Po chwili pokazal kolejna swoja umiejetnosc - usmiechnal
sie jak Fernandel (czyli tak:
http://www.stars-portraits.com/img/portraits/stars/f/fernandel/fernandel-by-espoirduportrait.jpg
). Bylsimy coraz bardziej zaskoczeni. Zabral nas na krotka wycieczke
po placu Imama (Chomeiniego oczywiscie), a potem do swojej pracowni, w
ktorej naprawia i sprzedaje dywany, gdzie dokonal krotkiej
prezentacji. Zaprowadzil nas tez do sklepiku i pracowni jego ojca
(zupeolnie niepodobnego do nikogo znanego - w odroznieniu od dziadka,
ktory wyglada zupelnie jak Luis de Fuines). Okazalo sie, ze ojciec
Behrooza, bo tak mial na imie nasz kolega, jest znanym w calym
Isfahanie tworca miniatur. Ba - nie tylko w Isfahanie. Jego zdjecie
zostalo opublikowane jako ilustracja do fragmentu przewodnika Lonely
Planet o Iranie, w dziale o kaligrafii. Wizyta byla bardzo mila, jako
prezent namalowal dla nas na predce portret Ady (mam do niego pewne
zastrazezenie, bo mam na nim dlugie wlosy wystajace spod chusty, mysle
ze to moze byc jego najbardziej wycwiczony portret kobiety), a my
zostawilismy wizytowke Ady, ktora zostala umieszczona obok wizytowek
innych klientow z calego swiata pod szklana szybka na stoliku.

Wieczorem Behrooz zaprowadzil nas na lokalna kolacje, ktora byla
przepyszna i calkiem niedroga. Zaproponowal tez oprowadzenie po
centrum miasta w normalny dzien, kiedy wszystko bedzie otwarte.
Umowilismy sie na pojutrze o 10.30 rano.

Dzis rano nasz goscinny gospodarz Ali obudzil nas na sniadanie. O 7 rano.

Po posilku ruszylismy w strone najwiekszego w calym Iranie meczetu,
zwanego przez tubylcow Piatkowym. Po raz kolejny sklepy byly
pozamykane, bo dzis wszyscy Iranczycy swietuja jedna z wazniejszych
dla szyitow rocznic - pogrzeb Imama Dzafara, tworcy szyizmu. Caly
nieczynny dzis bazar przyozdobiony byl pogrzebowymi flagami. Ali
zabral nas na spacer. Tym razem dla odmiany... ogladalismy dywany.
Nieumyslnie wspomnialam gdzies miedzy pietnastym a dwudziestym
dziewiatym dywanem, ze w Polsce najpopularniejsze sa duze dywany,
pokrywajace prawie cala powierzchnie podlogi w pokoju. Od tej chwili
pokazywali nam tylko WIELKIE dywany. Kladli je jeden na drugim
rozlozone na podlodze. Udalo nam sie im przerwac, kiedy kupka miala
pol metra. Podziekowalismy, a oni pokazali wszystkie jeszcze raz. I
jeszcze raz. I raz jeszcze. Zapewniali, ze platnoasc nie jest
problemem, ze mozemy wybrac, ktory najbardziej nam sie podoba i zabrac
go ze soba. Zaplacimy przelewem z Europy.

Zupelnie rozumiemy tradycje sprzedawania dywanow i wiemy doskonale,
tak samo jak i oni, ze zadnego nie kupimy. Jest to bardziej
inwestowanie w przyszlosc, bo przeciez kiedy bedziemy w koncu mieli
bardzo duzo pieniedzy i jeszcze wiecej podlog, wiec jezeli tylko
bedziemy potrzebowac jakiegos dywanu, uderzymy do Alego albo Behrooza.

Jako ze jest dzisiaj swieto narodowe i wszystko jest nieczynne to
jedyna atrakcja, jaka zostala nam na dzisiaj to znalezienie kawalka
wolnej trawy na placy Imama i urzadzenie pikniku.

Iranczycy to uwielbiaja. W kazdej chwili wolnego czasu (pora
"luchowo-obiadowa" albo wolny dzien) wszystkie parki i skwerki
zapelniaja sie wzorzystymi dywanami i kocami z calymi rodzianmi.
Zabieraja ze soba turystyczna butle z gazem, garnki, chleb i zastawe i
jedza posilek na swiezym powietrzu. Chetnie dziela sie ze soba
nawzajem albo z przyjezdnymi. Jesli nie maja akurat ze soba dywana,
butli albo chleba, po prostu klada sie na trawie (zdejmuja skarpetki,
na co zwrocila duza uwage Ada) i spia. widok czlowieka spiacego na
pasie zieleni pomiedzy dwoma pasami ruchu nikogo nie dziwi ;)

W tym momencie chcialam dodac, ze uwielbiam ich kulture. Po wielu
nieudanych probach wyciagniecia KOGOKOLWIEK w Warszawie na piknik do
parku stwierdzam, ze naprawde moglabym tu zamieszkac. To, co oni robia
na codzien jest bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne :)
Wazna kwestia jest to, ze w calym kraju zakazana jest produkcja,
sprzedazs i spozycie alkoholu. Ludzie siedzacy na kocyku po zmroku nie
wygladaja podejrzanie ani groznie - czasami po prostu rozbijaja namiot
w parku dla przyjemnosci :)

Urzadzilismy sobie taki piknik w samym centrum miasta. Po chwili
dosiedli do nas inni podroznicy - Fin rozpoczynajacy wlasnie swoja
roczna podroz do Indii (wydal nam sie troche niepokojacy - strasznie
zakrecony na punkcie jogi, medytacji i filozofii hindustycznej) z
kolega, ktory gosci go jako couch surfera.

Po pewnym czasie zebralismy sie do bardzo lokalnej i ciezkiej do
znalezienia dla podroznika kafejki z pyszna herbata i szisza. Podali
nam tam fantastyczne slodycze nazywane "ucho slonia" - swego rodzaju
male faworki cale umoczone w cukro-miodzie. Przerazajaco slodkie, ale
Ada dala rade zjesc cala porcje dla 4 osob ;) Tradycja mowi, zeby
zawsze palac fajke wodna jesc cos bardzo slodkiego. Wyrownuje to
balans organizmu i nigdy nie bedziemy "na haju". Moga to byuc roznego
rodzaju lokalne slodkosci, slodka jak ulepek herbata lub swieze
daktyle. Wszystko rownie pyszne :)

Na jutro planujemy spotkanie z Behroozem, potem chcemy kupic bilety na
nocny pociag do Szirazu, a moze od razu na pociag z Jazdu do
Bandar-e-Abbas, jezeli sie uda. Wieczorem powinnismy byc juz w drodze,
o ile nie zdecydujemy zostac dluzej w tym najpiekniejszym i jednym z
najwazniejszych historycznie miast Iranu, bo nie bedziemy ukrywac, ze
nas oczarowalo. Szczegolnie w porownaniu z ogromnym i szarym
Teheranem.


PS Dzisiaj niespodziewanie przestal nam dzialac telefon, ktory - tym
bardziej niespodziewanie - jak dotad dzialal w Iranie. Byc moze to
tylko chwilowy problem, ale jezeli nie, to nie martwcie sie, ze w ten
sposob nie bedzie z nami kontaktu. Przeciez wszystko jest w najlepszym
porzadku i bawimy sie swietnie :)

5 komentarzy:

  1. Bajka, czyta się Was z przeogromną przyjemnością, powinniście po powrocie napisać książkę.
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja Ci ślę SMSy - a Ty piszesz, że telefony przestały dzialać??? :-))) A co do tej "rozpusty" - nie wiem co gorsze - haj po sziszy, czy porcje "ucha słonia" dla 4 osób :-))) Co tu mozna napisać - chciałoby się te widoki podziwiać... Ściskam mocno.
    Tata

    OdpowiedzUsuń
  3. No proszę, Ada nawet tak daleko nie przestaje pracować i załatwie sobie ( na chwałe firmy oczywiście ) Klientów :D. Piszcie często i długo, codziennie dzień rozpoczynam kawusią i Waszym blogaskiem i przyznam że chociaż wiem że nie zawsze możecie coś napisać, to jestem rozczarowana jak nie ma nowej notki. Buziaki Gosia M.
    P.S. MNIE jakoś nie zaprosiłaś na piknik, więc nie narzekaj :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na haju...to ja jestem, za sprawą Waszej dzisiejszej notatki, chachachach :-D
    Najpierw rozbawił mnie, do łez, Łukasz swą znajomością pociągów,a właściwie ich komfortu, powołując się na hinduskie koleje, co w porównaniu z polskimi, stanowi naprawdę niewielką różnicę, szczególnie pod względem dostępu i częstotliwości korzystania z nich ;-)
    To w końcu, są w pociągach, te miejsca do spania czy nie, bo wybieram się do Indii :-D
    Po drugie, Adusiu, jak Cię będą pytać skąd jesteś, to mów, że z Żuromina, to na pewno się zdziwią, a nie zachwycą, chacha....
    Po trzecie, już widzę Łukasza i Adę, w najbliższy weekend październikowy po powrocie, na pikniku, na Polach Mokotowskich, ale Łukasz koniecznie musi być bez skarpetek,chachacha bo "będzie to bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne :)"Ciekawe tylko, czy Łukasz będzie wtedy też spał jak Irańczycy i czy Ada mu na to pozwoli? ;-)
    A tak na serio, to cieszę się Córciu, że zachwyca Cię ta kultura i nie mogę doczekać się Twojego powrotu, bo na pewno coś z niej tam przeniesiesz do swojego życia. Może zmienisz mieszkanie, z widokiem na meczet?;-)
    Kochani, rozbawiliście mnie do łez, więc domniemam, ze tez sie świetnie bawicie, bo jesteście przecież głównymi bohaterami tej, jak tu Ktoś napisał"bajki", a te dywany to juz mi sie tylko z jednym skojarzyły... z Persją, Szeherezadą i latającymi dywanami....cudnie....(pamiętasz Adusiu taką starą książkę w domu, z bajkami?)
    Bardzo, bardzo, bardzo Was pozdrawiam i tak samo tęsknię za Wami.....
    maminka :-*

    OdpowiedzUsuń
  5. ps. nie ma to jak właściwe i odpowiednio użyte słówko, trochę o rutynie i zaraz poprawa jakości, a jaka wylewność, a jakie lekkie pióro.... hohohoho
    To wszyscy czekają na Wasze neeeewsy, a Wy tak
    skromnie? I od razu lepiej :-)))))
    buziak duży :-*
    ma.....

    OdpowiedzUsuń