poniedziałek, 5 grudnia 2011
czwartek, 6 października 2011
Dubaj i Kijow
Ostatnio po krotce opisalismy dwa miasta na trasie naszej podrozy. Dzis jestesmy juz jedna noga w Warszawie, albo przynajmniej w Europie. O 3 nad ranem dolecielismy do Kijowa z wrzeszczacym dzieckiem na pokladzie i pelnym skladem oblowionych w luksusowe zakupy Ukraincow. Spedzilismy mile 6 godzin spiac pod flaga Polonii w poczekalni dla przesiadajacych sie, a teraz czekamy juz przy prawdziwej herbatce (w ilosci wiekszej, niz w naparstku) na samolot do Warszawy.
Dubaj (dla odmiany) bardzo przypadl nam do gustu. Obawialismy sie, ze owiane legenda luksusu miasto okaze sie tworem sztucznym, skonstruowanym wylacznie pod turystow. Faktycznie - "tworcy" miasta mysleli o przyjezdnych, ale rownie wazni (a moze i wazniejsi), sa dla nich mieszkancy. Porzadek, bezpieczenstwo, latwosc komunikacji, dostep do wszelkich towarow i ich atrakcyjne ceny, a przede wszystkim brak jakichkolwiek podatkow - wszystko to sprawia, ze miliony chca zyc i pracowac w Dubaju. Arabowie, Hindusi, Filipinczycy, Pakistanczycy, Iranczycy, Bengalowie, Malajowie i caly kalejdoskop Europejczykow tworza niesamowite, roznorodne, wielokulturowe spoleczenstwo.
Samo miasto robi ogromne wrazenie. Gdybysmy zsumowali wszystkie drapacze chmur, ktore widzielismy w zyciu, to i tak tych w Dubaju i Szardzy byloby wiecej. Uderza tez ich roznorodnosc: tylko niektore sa klasycznymi "punktowcami", wiekszosc zaprojektowana jest nawet jesli nie "ladnie", to "fantazyjnie". Niemal kazdy jest na swoj sposob charakterystyczny, czy to pod wzgledem materialow, czy to ksztaltu bryly, czy to kompozycji jaka tworzy z otoczeniem. Wszystko to ubarwione jest nowoczesnymi rozwiazaniami, ktore sporadycznie mozemy zaobserwowac u nas. W pelni zautomatyzowane, sterowane przez komputer metro; samobiezne chodniki; klimatyzowane przystanki autobusowe; 6 pasmowe drogi w centrum miasta. Wszystko to otoczone kilkoma milionami palm, zielonymi trawnikami pielegnowanymi przez specjalistow. Utrzymanie jednej takiej palmy przez rok kosztuje podobno 2000$...
Srode spedzilismy na calodniowej wycieczce po najwiekszych atrakcjach miasta. W Muzeum Dubaju zobaczylismy jak miasto, ktore jeszcze 40 lat temu mialo 40.000 mieszkancow w oka mgnieniu stalo sie stolica swiatowego handlu. W Zlotym Suku zapoznalismy sie ze znanymi na caly swiat wyrobami jubilerskimi. To ciekawe, ze tak jak w Iranie zaczepiano nas z pytaniem "Change Money?", tak tu pytano "Rolex, torebki, Versace". Wielkie hotele, swiatynie luksusu: 7-gwiazdkowy Burj al-Arab i 6-gwiazdkowy Atlantic zachecaly do robienia glupich zdjec, ktorymi niebawem sie pochwalimy. Koniec koncow trafilismy w koncu na plaze i znalezlismy 3 godziny by symbolicznie zakonczyc nasza podroz w wodach Zatoki Perskiej :)
Za kilka godzin widzimy sie w Warszawie!
wtorek, 4 października 2011
bandar-e abbas i dubaj
wszystko odbylo sie zgodnie z planem. przedwczoraj pojevhalismy nocnym
pociagiem z jazdu do bandar-e abbas. nnie obylo sie bez drobnych
przygod - mielismy zle bilety, pani w agencji turystycznej wykupila
nam bilety na inny dzien, ale udalo nam sie wszystko naprawic. w
pociagu poznalismy milego pana, ktory okaal sie biznesmenem znad
zatoki perskiej. spedzilismy caly dzien z nim i jego rodzina -
pokazali nam miasto, pomogli w ostatnich iranskich zakupach i ugoscili
tonami slodyczy i obiadem. pelni wrazen pocalym dniu zapakowalismy sie
na prom do dubaju. ku naszemu zdziwieniu wraz z nami podrozowalo
mnostwo innych ludzi. a wydawac by sie moglo, z po co plynac cala noc,
skoro mozna przeleciec ten dystans w 40 minut? dubaj nas oczarowal,
ale o tym nastepnym razem ;) napiszemy wam gdzie panuje najbadziej
nieznosna atmosfera na calym swiecie oraz jak ada kierowala dubajskim
metrem! :)
niedziela, 2 października 2011
Jazd 2
odpoczywamy na urokliwym patio naszego hotelu, od czasu do czasu
wychylamy noski poza chlodne mury i w upale ogladamy fascynujace
zabytki miasta. Odwiedzilismy zoroastrianski cmentarz z Wiezami
Milczenia - wysokimi cudowlami z dala od osad ludzkich, gdzie ciala
zmarlych byly zostawiane, aby zostalyu zjedzone przez sepy.
Zoroastrianie wierza w swietosc zywiolow i nie pozwalaja ich
"bezczescic" - a wlasnie bezczeszczeniem byloby zanieczyszczanie
ziemii rozkladajacymi sie szczatkami ludzkimi, a ognia ich palenie.
Dzisiaj bylismy w Muzeum Wody. Brzmi banalnie, ale mozecie sobie
wyobrazic, ile pracy i kombinacji musialo kosztowac nawodnienie miasta
na srodku pustyni.
W naszym hotelu spotkalismy innych turystow, co ciekawe - czesto juz
naszych znajomych poznanych w poprzednich miastach ;)
Dzis w nocy jedziemy pociagiem do Bandar-e Abbas, zeby w koncu poczuc
orzezwiajaca bryze morza, a dokladnie Zatoki Perskiej. Iranczycy
bardzo sie ciesza, gdy w ten wlasnie sposob nazywamy wspomniany akwen
- Arabowie konsekwentnie nazywaja go Zatoka Arabska i sa gotowi bardzo
mocno sie o ta nazwe klocic ;) Z drugiej strony, wolelismy nie
wspominac naszym gospodarzom, ze w polskiej nomenklaturze Zatoka
Perska jest czescia Morza Arabskiego.
W porcie szacha Abbasa (bo tak doslownie tlumaczy sie nazwe miasta)
spedzimy tylko niecaly jeden dzien, bo juz jutro wieczorem (troszke
smierdzacy, bo bez prysznica ;) ) wsiadamy na prom, ktory zawiezie nas
do Szardzy, a stamtad juz krotka podroz dywanem do Dubaju. Czekaja na
nas piekne plaze, Burj Khalifa, Burj Dubai i wiele innych wysokich
Burj (burj - wieza). Zal bedzie wyjezdzac.
piątek, 30 września 2011
Jazd
zazwyczaj nie wrozy niczego dobrego. Szczegolnie, kiedy z
dziwna mina pokazuje na Twoj bagaz, nie pozwala odejsc,
pyta w Farsi czy jestesmy z Pakistanu. Kiedy proby
kontaktu spelzna na niczym i zacznie zatrzymywac
przechodniow i pytac czy mowia po angielsku - tym
bardziej mozna sie zdziwic. Na szczescie to Iran - szybko
moze sie okazac, ze opiekunczy mlodzieniec chce nas po
prostu ostrzec, ze nie powinnismy zostawiac bagazu bez
opieki ;) Kiedy nuta porozumienia zostala juz nawiazana
serdecznie pozegnal nas usciskiem dloni i zyczyl milej
podrozy.
Wczorajszy wieczor przyniosl takich sytuacji kilka i
zrekompensowal nam dosc spokojne popoludnie, ktore
spedzilismy lezac w kawiarni (wspominalismy juz chyba, ze
w knajpach sie lezy). Przyzwyczailismy sie juz do
ciaglych pogaduszek na ulicach, kurtuazyjnej goscinnosci
i zaczepnego "Hello!". Dlatego poczatkowo zignorowalismy
pana, ktory zamierzal przecwiczyc swoj angielski wlasnie
wtedy, kiedy przepakowalismy sie pod hotelem szukajac
biletu na autobus. Nieznajomy nie odpuscil, i ku naszemu
zaskoczeniu zaproponowal podwozke na dworzec. Kilka chwil
pozniej siedzielismy juz w samochodzie w towarzystwie
jego, jego zony, siostry zony, jego corki, syna, corki
siostry zony i naszych bagazy. Wszystko to w zwyklym
osobowym samochodzie. Podroz przebiegla bardzo szybko,
wiec niedlugo pozniej zegnalismy sie wymieniajac
wizytowki i wreczajac dzieciakom wlepki Polonii - chyba
najlepszy gadzet jaki wzielismy ze soba.
Na dworcu spedzilismy raptem godzine, tym bardziej
zaskakuje ilosc dziwnych sytuacji. Minute po wspomnianym
wyzej spotkaniu z policjantem siedzielismy juz w
dworcowej knajpeczce. Turysci z zagranicy byli dla
wlasciciela sporym zaskoczeniem, ale chociaz nie mowil po
angielsku - wybrnal z sytuacji idealnie. Zaprezentowal
wszystkie dostepne potrawy zapraszajac nas do kuchni.
Oskar nalezy mu sie jednak za genialna kreacje aktorska:
po co sleczec nad slownikiem, kiedy kazdy glupi zrozumie, ze "baranina" to "me-e-e-e"? :)
Wprawilismy sie juz w nocnym podrozowaniu - 6 godzin w autobusie do Jazdu minelo w oka mgnieniu. Doslownie: zamknelismy oczy i gdy je otworzylismy bylismy juz na miejscu. O 6 rano zameldowalismy sie w legendarnym hotelu Silk Road nazwanego tak od przebiegajacego przez Jazd Jedwabnego Szlaku prowadzacego z Europy do Chin.
Pierwsze godziny w jednym z najstarszych miast na Ziemi minely nam wspaniale - smacznie je przespalismy ;) Po 9-tej pojawilismy sie na rownine legendarnym jak hotel serwowanym tu iranskim sniadaniu. Zachwytom nie bylo konca - ser, jajeczko, dzemy, swieze oliwki, daktyle (!!! o iranskich daktylach moglibysmy napisac oddzielna notke, sa cudowne!) i kawalki arbuza.
Reszta dnia mienla nam na leniuchowaniu i spacerkach po starym miescie. Dzisiaj piatek, czyli tutejsza niedziela. Trzeba przyznac, ze przestrzegaja dnia wolnego o wiele gorliwiej, niz katolicy - naprawde prawie wszystko jest zamkniete. Nie bez znaczenia dla naszej organizacji dnia byl urokliwy dziedziniec naszego hotelu - zacieniony, lecz usytuowany pod golym niebem, w calosci zastawiony "lezankami" z miekkimi poduchami i dywanami - naprawde nie zachecal do spacerow po piekacym sloncu. Udalo nam sie jednak przezwyciezyc wrodzonego lenia i zobaczyc kilka pieknych meczetow z bardzo wysokimi minaretami (poniekad charakterystycznymi dla tego raczej nisko zabudowanego miasta). Wiekszosc czasu spedzilismy krecac sie po waziutkich uliczkach starego miasta, ktore zrobilo ogromne wrazenie na Lukaszu. Oczyma wyobrazni juz rozstawial przeciwnikow na planszy, ktora zbuduje na planie tutejszej zabudowy. Uklad uliczek, mnostwo charakterystycznych punktow i nieoczywistosc architektury uznal za "idealna referencje".
Waskie korytarze, z pozoru zupelnie takie same okazuja sie unikatowe i niepowtarzalne. Faktura glinianych scian, sklepienia, podcienie, fragmenty ceglnego muru i roznego rodzaju i wielkosci drzwi tworza niesamowity labirynt. Jak na dobry labirynt przystalo, jest mnostwo pulapek w postaci slepych uliczek, z korych wychodzi sie zasami nawet kilka minut - to nie jeden, a kilkanascie zakretow prowadzacych do jednych, zamknietych drzwi. Czegos takiego w Europie nie da sie spotkac.
Czekamy niecierpliwie na jutro, kiedy zycie wroci do normy po weekendzie - na ulicach beda ludzie, muzea beda otwarte, a bazar nie bedzie tylko pustym, zacienionym korytarzem.
Silk Road Hotel bedzie nas goscil jeszcze do niedzieli, kiedy to wieczorem wsiadziemy w pociag do Bandar-e Abbas. Tam spedzimy poniedzialek, a w nocy poplyniemy do Dubaju.
Buziaki dla Wszystkich! :)
czwartek, 29 września 2011
Sziraz 2, Persepolis
Trudno wyobrazic sobie gorszy sposob na spedzenie upalnego dnia, niz ogladanie wielkich kamieni na srodku pustyni, ktore symbolizuja dawna potege Persow.
Moze nie bylo az tak tragicznie, ale temperatura i absolutny brak cienia dawaly sie we znaki, a wyzej wspomniana potege mozna bylo poczuc tylko sila wlasnej wyobrazni, bo z dawnego kompleksu palacowego zostalo naprawde niewiele. W kazdym razie ruinki oraz fascynujace grobowce wladcow wykute w skale na wysokosci kilkunastu metrow mamy juz za soba ;)
Sziraz nie zaskoczyl nas prawie niczym. Mozna tu poczuc nutke prowincjonalnosci, a wszystkie atrakcje turystyczne sprawiaja wrazenie, jakby znalazly sie tu wlasciwie przypadkiem. W ramach usprawiedliwienia mozna dodac, ze chwile switnosci trwaly krotko i skonczyly sie juz dawno temu. Przez polowe XVIII w. byla tu stolica panstwa, ale po zmianach rzadzacej dynastii zostala przeniesiona do Teheranu. Tak wlasnie Sziraz skonczyl z kilkoma zabytkami, miejscami kultu religijnego, ale przede wszystkim pelni funckje centrali handlowej i transportowej na linii polnoc-poludnie. Czuc tu juz nute poludnia - widac kobiety w kolorowych czadorach, a nawet charakterystycznych drewnianych maskach na twarzach (typowe dla okolic Bandar-e Abbas), na ulicach mozna spotkac Arabow, ktorzy juz na pierwszy rzut oka roznia sie od Persow. Nawet my, jako turysci, wzbudzamy tu duzo wiecej zainteresowania, niz we wszystkich dotychczas odwiedzonych miastach.
Do ciekawych punktow naszego spaceru mozna na pewno zaliczyc mauzoleum Hafeza, o ktorym pisalismy poprzednio. Bylismy w cudownym mauzoleum mistyka sufisty, ktorego imienia niestety nie pamietami, ale budynek byl cudowny - cale wnetrze wylozone malenkimi kawalkami szkla. W centrum miasta stoi stara cytadela zbudowana na planie kwadratu z 4 wiezami w rogach - w tym jedna osiadajaca na piwnicznych pomieszczeniach i przez to przypominajaca na pierwszy rzut oka wieze w Pizie ;)
Oczywiscie widzielismy tez wiele innych fascynujacych rzeczy. Bazar, ktory (o dziwo, zupelnie nie wiedziec czemu) podobal nam sie najbardziej ze wszystkich widzianych - nawet bardziej niz slawny bazar z listy UNESCO w Tabrizie czy najwiekszy w calym kraju bazar w Teheranie. Kupilismy tam kolejna wielka porcje pamiatek dla Was wszystkich. Pilismy rewelacyjne soki ze swiezych owocow zmiksowanych z lodem, 2,50 zl kazdy!
Niestety, nie mozemy teraz opisac dla Was tego wszystkiego, bo wlasciciel kafejki internetowej zaczyna zaraz swoja "sjeste" nazywana tu kurtuazyjnie przerwa na modlitwe - dwugodzinna ;) Jak widac Iran to jednak dziwny kraj. Pod wieloma wzgledami nie przystaje do wszystkich standardow, do ktorych jestesmy przyzwyczajeni.
PS Dzis wieczorem jedziemy autobusem nocnym do Jazdu - kolejnego wspanialego punktu naszej podrozy, o ktorym duzo opowiadalismy przed wyjazdem. Juz nie mozemy sie doczekac Silk Road Hotel - podobno najciekawszego hotelu w calym kraju.
wtorek, 27 września 2011
Sziraz
Tak to jednak w Iranie bywa, ze ciezko o "chwile prywatnosci". Ledwie pol godziny od rozstania z naszymi przyjaciolmi mielismy juz kolejnego kompana. Okazalo sie, ze nie jestesmy jedynymi turystami pragnacymi dostac sie na poludnie - przy biurze firmy przewozowej poznalismy zwariowanego, wyluzowanego Syryjczyka imieniem Mohammad. Razem kupilismy bilet i spedzilismy reszte wieczoru oraz calonocna podroz. Rano, juz w Szirazie, zameldowalismy sie w hotelu, odebralismy bilety na prom do Dubaju i wlasnie ruszamy zwiedzac miasto najwiekszych perskich poetow: Hafeza i Sa'diego.
Na pocieszenie zostawiamy Wam probke poezji tego pierwszego - ukochanego poety zakochanych Iranczykow. To ciekawe, ze XIV-wieczne wiersze pelne erotyzmu, alkoholowych uniesien i pieknych kobiet sa dzis nadal legalne i... az tak popularne.
gazal II (231)
rzekłem: "tęsknię do ciebie, odparła: twoja tęsknota przejdzie."
rzekłem: bądź moim księżycem, odparła: "jeśli wzejdzie."
rzekłem: "od prawdziwych kochanków wierności się naucz."
odparła: "ci, którzy piękni są, rzadko tę cechę mają."
rzekłem: "zamknę oczy i obraz twój nie przejdzie po tej drodze."
odparła: "ja nocy tajniki znam, odnajdę więc inną drogę."
rzekłem: "przez zapach włosów twych na świecie się pogubiłem."
odparła: "gdybyś prawdę znał, on przewodnikiem twym byłby."
rzekłem: "jakże świeże powietrze jest, co z wiatrem rano przybywa."
odparła: "jakże orzeźwia powiew z uliczki tej, gdzie ukochana przebywa."
rzekłem: "rubinowe, słodkie twe usta zabiły mnie, gdyż pragnąłem je ucałować."
odparła: "uległym i posłusznym bądź, a będą cię dobrze traktować."
spytałem: "kiedy twoje serce łaskawe zawrzeć pokój zamierza?"
odparła: "póki czas nie nadejdzie nikomu tego nie zwierzaj."
rzekłem: "widzisz, jak szybko czas radości przeminął."
odparła: "zamilcz Hafezie, gdyż smutek ten także przeminie."
niedziela, 25 września 2011
Najlepszy komplement w Iranie
sobota, 24 września 2011
Isfahan
rutyne. Ostatnia notka byla pisana ze studia teheranskiej firmy
produkujacej gry komputerowe, gdzie bylismy goscmi, wiec nie wypadalo
nam siedziec dlugo przy laptopie szefa. Dzisiaj nadrobimy wszystkie
zaleglosci, bo w koncu zaczelo sie dziac! ;)
Po cieplym przyjeciu i milo spedzonym czasie w studiu Espris
popedzilismy na spotkanie z mowiaca po polsku znajoma naszej znajomej.
Starym polskim zwyczajem spoznilismy sie. Cale spotkanie zostalo
zorganizowane w duchu PRL-u. Mielismy jej numer zupelnie jej nie
znajac, zadzwonilismy do niej z hotelu i umowilismy sie na spotkanie w
wyznaczonym miejhscu o wyznaczonej porze. Jako ze nie mielismy jak
kontaktowac sie z nia w miedzyczasie, po prostu liczylismy, ze sie
uda.
Pierwszym zaskoczeniem zmiana czasu. Tak, taka sama, jak w polsce dwa
razy do roku. Z naszym szczesciem miala miejsce akurat tego dnia,
ktory mielismy wypelniony dwoma spotkaniami o ustalonych godzinach.
Nam udalo sie zorientowac w czasie, ale nasza kolezanka Miral
przyjechala nieumyslnie godzine za wczesnie... ;)
Przywitala nas perfekcyjna polszczyzna (przez 6 lat studiowla w
Warszawie) i zabrala w podroz na polnoc Teheranu - bogatsza, czystsza
i zdcecydowanie ladniejsza czesc tego miasta. Pojechalismy w gory,
gdzie w turysrtycznym miejscu znalezlismy urocza knajpke z fajkami
wodnymi, herbata i cukrem z szafranem, tutejszym przysmakiem.
Leniochowalo sie bartdzo prztyjemnie, ale o 23.00 mielismy pociag do
Isfahanu. Dotarcie na dworzec okazalo sie dla nas, starych wyjadaczy,
zadnym problemem. Pozytywnie zaskoczyl nas porzadek na dworcu i wysoki
stopien zorganizowania. Przed wejsciem do poczekalni byl "Boarding" -
przeswietlanie bagazy, sprawdzanie biletow i paszportow (przez
policje!). Na peron mogli wejsc tylko odpowiednio przesiani
pasazerowie. Naprawde bardzo mila odmiana po Warszawie Centralnej ;)
Podroz minela nam bardzo milo i szybko - cala przespalismy ;) W
pociagu byly specjalne miejsca do spania, ktorych nigdy nie spotkalam
w polskich pociagach, chociaz Lukasz caly czas upiera sie, ze naprawde
istnieja (a przynajmniej widzial je w Indiach). Do Isfahanu
dojechalismy po 7 rano. Na dworcu zagadnelismy europejsko
wygladajacych chlopakow, czy nie chcieliby wziac z nami taksowki (w
Iranie jezdzenie nie do konca zapelnionymi taksowkami to rzadko
spotykany luksus). Pol godziny pozniej szukalismy juz razem hotelu na
kilka nocy. Po dwoch nieudanych probach ("full, full, go!") nasz nowy
kolega zaproponowal nocleg u niedawno poznanego isfahanczyka, ktory
mieszka ze swoja 87-letnia matka i wynajmuje wolne pokoje w swoim
pieknie polozonym domu. Przyjal nas bardzo goscinnie (bo to chyba
tutaj bardzo, bardzo typowe). Spodziewalismy sie prezentacji pokoju i
uzgodnienia ceny, a wyladowalismy w salonie z herbata, lokalnymi
slodyczami i mnostwem owocow ogladajac BBC News i sluchajac rodzinnych
historii wlasciciela. Po naprawde bardzo dlugim powitaniu zaprowadzil
nas do pokoju. Zdalismy sobie sprawe, ze wlasnie dostalismy pokoj z
najlepszym widokiem w calym miescie: na wprost nas stoja dwie piekne,
zdobione blekitne kopuly meczetow przy placu Imama, a w tle
monumentalne gory. A wszystko po cenie bardziej atrakcyjnej, niz
odwiedzonych przez nas wczesniej hostelach.
Poranem byl bardzo mily, lecz kiedy zebralismy sie na spacer i
zwiedzanie miasta, okazalo sie, ze wszystko jest pozamykane, bo jest
piatek, czyli "muzulanska niedziela". Odwiedzilismy palac Czehelsotun
i imponujace kilkusetletnie mosty nad wyschnieta juz dzisiaj rzeka.
Widok ludzi spacerujacych "po dnie" - bezcenny! Dotarlismy az na droga
strone "rzeki" do ormianskiej (chrzescijanskiej) dzielnicy Jolfa,
nazwanej tak od nazwy miasta pod granica z Azerbejdzanem, skad
Ormianie zostali tu przesiedleni na zyczenie szacha Abbasa Wielkiego.
Bez zmian wszystko bylo pozamykane - z wyjatkiem kosciolow. Powoli
zaczynalo byc coraz gorzej - sklepy byly pozamykane, bolaly nas nogi
(Ade bolaly, nie mnie, ja jestem dzielny) i... niespodziewanie
skonczyla nam sie lokalna waluta! Kantory nie dzialaly. Pieniadze
wlasciwie nie byly nam do niczego potrzebne - mieliosmy w planach
tylko spacerowania i tak naprawde dolary w kieszeni. W koncu jednak
wzielismy taksowke z dusza na ramieniu, ze nie bedziemi mieli jak za
nia zaplacic, jezeli nie znajdziemy kantora ;) Taksowkarz zapewnil, ze
wymiana pieniedzy nie bedzie zadnym problemem. W pelnej konspiracji
podjechal do dwoch niepozornie wygladajacy panow stojacych na rogu
popularnych ulic i skinal na nich dlonia. Poczulismy sie jak w dobrym
filmie sensacyjnym. Niestety, wymiana pieniedzy u cinkciarzy jest tu
ZUPELNIE normalna, wiec byly to tylko nasze niesoelnione nadzieje na
przygode ;) Nowo poznany pan wsiadl do samochodu i podjechalismy za
rog zapatwic interesy.
Bardzo zadowoleni z obrotu sytuacji (mielismy gotowke, wiec moglismy
isc na lody, a przy okazji bylismy juz w centrum z pominieciem dosc
dlugiego spacerku) chcielismy powoli wracac do domu. Na bardzo
zatloczonym "przy niedzieli" placu Imama zaczepil nas czlowiek
prowadzacy rower pytajac ot tak: skad jestesmy. Warto podkreslic, ze
to nic nadzwyczajnego. Odbylismy juz jakies setki kurtuazyjnych rozmow
na ulicy, podczas ktorych nawet sie nie zatrzymywalismy.
- Hello, where are you from?
- Poland, Lachistan!
- Great! Welcome to Iran!
Tym razem jednak cos podkusilo nas, zeby zatrzymac sie na chwilke. Na
oko 40-letni pan ludzaco podobny do Javiera Bardem powiedzial nam, ze
byl w Polsce kilka lat temu na zaproszenie Muzeum Etnograficznego w
Poznaniu. Znal kilka slow po polsku, czym naprawde bardzo nas
zaskoczyl. Po chwili pokazal kolejna swoja umiejetnosc - usmiechnal
sie jak Fernandel (czyli tak:
http://www.stars-portraits.com/img/portraits/stars/f/fernandel/fernandel-by-espoirduportrait.jpg
). Bylsimy coraz bardziej zaskoczeni. Zabral nas na krotka wycieczke
po placu Imama (Chomeiniego oczywiscie), a potem do swojej pracowni, w
ktorej naprawia i sprzedaje dywany, gdzie dokonal krotkiej
prezentacji. Zaprowadzil nas tez do sklepiku i pracowni jego ojca
(zupeolnie niepodobnego do nikogo znanego - w odroznieniu od dziadka,
ktory wyglada zupelnie jak Luis de Fuines). Okazalo sie, ze ojciec
Behrooza, bo tak mial na imie nasz kolega, jest znanym w calym
Isfahanie tworca miniatur. Ba - nie tylko w Isfahanie. Jego zdjecie
zostalo opublikowane jako ilustracja do fragmentu przewodnika Lonely
Planet o Iranie, w dziale o kaligrafii. Wizyta byla bardzo mila, jako
prezent namalowal dla nas na predce portret Ady (mam do niego pewne
zastrazezenie, bo mam na nim dlugie wlosy wystajace spod chusty, mysle
ze to moze byc jego najbardziej wycwiczony portret kobiety), a my
zostawilismy wizytowke Ady, ktora zostala umieszczona obok wizytowek
innych klientow z calego swiata pod szklana szybka na stoliku.
Wieczorem Behrooz zaprowadzil nas na lokalna kolacje, ktora byla
przepyszna i calkiem niedroga. Zaproponowal tez oprowadzenie po
centrum miasta w normalny dzien, kiedy wszystko bedzie otwarte.
Umowilismy sie na pojutrze o 10.30 rano.
Dzis rano nasz goscinny gospodarz Ali obudzil nas na sniadanie. O 7 rano.
Po posilku ruszylismy w strone najwiekszego w calym Iranie meczetu,
zwanego przez tubylcow Piatkowym. Po raz kolejny sklepy byly
pozamykane, bo dzis wszyscy Iranczycy swietuja jedna z wazniejszych
dla szyitow rocznic - pogrzeb Imama Dzafara, tworcy szyizmu. Caly
nieczynny dzis bazar przyozdobiony byl pogrzebowymi flagami. Ali
zabral nas na spacer. Tym razem dla odmiany... ogladalismy dywany.
Nieumyslnie wspomnialam gdzies miedzy pietnastym a dwudziestym
dziewiatym dywanem, ze w Polsce najpopularniejsze sa duze dywany,
pokrywajace prawie cala powierzchnie podlogi w pokoju. Od tej chwili
pokazywali nam tylko WIELKIE dywany. Kladli je jeden na drugim
rozlozone na podlodze. Udalo nam sie im przerwac, kiedy kupka miala
pol metra. Podziekowalismy, a oni pokazali wszystkie jeszcze raz. I
jeszcze raz. I raz jeszcze. Zapewniali, ze platnoasc nie jest
problemem, ze mozemy wybrac, ktory najbardziej nam sie podoba i zabrac
go ze soba. Zaplacimy przelewem z Europy.
Zupelnie rozumiemy tradycje sprzedawania dywanow i wiemy doskonale,
tak samo jak i oni, ze zadnego nie kupimy. Jest to bardziej
inwestowanie w przyszlosc, bo przeciez kiedy bedziemy w koncu mieli
bardzo duzo pieniedzy i jeszcze wiecej podlog, wiec jezeli tylko
bedziemy potrzebowac jakiegos dywanu, uderzymy do Alego albo Behrooza.
Jako ze jest dzisiaj swieto narodowe i wszystko jest nieczynne to
jedyna atrakcja, jaka zostala nam na dzisiaj to znalezienie kawalka
wolnej trawy na placy Imama i urzadzenie pikniku.
Iranczycy to uwielbiaja. W kazdej chwili wolnego czasu (pora
"luchowo-obiadowa" albo wolny dzien) wszystkie parki i skwerki
zapelniaja sie wzorzystymi dywanami i kocami z calymi rodzianmi.
Zabieraja ze soba turystyczna butle z gazem, garnki, chleb i zastawe i
jedza posilek na swiezym powietrzu. Chetnie dziela sie ze soba
nawzajem albo z przyjezdnymi. Jesli nie maja akurat ze soba dywana,
butli albo chleba, po prostu klada sie na trawie (zdejmuja skarpetki,
na co zwrocila duza uwage Ada) i spia. widok czlowieka spiacego na
pasie zieleni pomiedzy dwoma pasami ruchu nikogo nie dziwi ;)
W tym momencie chcialam dodac, ze uwielbiam ich kulture. Po wielu
nieudanych probach wyciagniecia KOGOKOLWIEK w Warszawie na piknik do
parku stwierdzam, ze naprawde moglabym tu zamieszkac. To, co oni robia
na codzien jest bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne :)
Wazna kwestia jest to, ze w calym kraju zakazana jest produkcja,
sprzedazs i spozycie alkoholu. Ludzie siedzacy na kocyku po zmroku nie
wygladaja podejrzanie ani groznie - czasami po prostu rozbijaja namiot
w parku dla przyjemnosci :)
Urzadzilismy sobie taki piknik w samym centrum miasta. Po chwili
dosiedli do nas inni podroznicy - Fin rozpoczynajacy wlasnie swoja
roczna podroz do Indii (wydal nam sie troche niepokojacy - strasznie
zakrecony na punkcie jogi, medytacji i filozofii hindustycznej) z
kolega, ktory gosci go jako couch surfera.
Po pewnym czasie zebralismy sie do bardzo lokalnej i ciezkiej do
znalezienia dla podroznika kafejki z pyszna herbata i szisza. Podali
nam tam fantastyczne slodycze nazywane "ucho slonia" - swego rodzaju
male faworki cale umoczone w cukro-miodzie. Przerazajaco slodkie, ale
Ada dala rade zjesc cala porcje dla 4 osob ;) Tradycja mowi, zeby
zawsze palac fajke wodna jesc cos bardzo slodkiego. Wyrownuje to
balans organizmu i nigdy nie bedziemy "na haju". Moga to byuc roznego
rodzaju lokalne slodkosci, slodka jak ulepek herbata lub swieze
daktyle. Wszystko rownie pyszne :)
Na jutro planujemy spotkanie z Behroozem, potem chcemy kupic bilety na
nocny pociag do Szirazu, a moze od razu na pociag z Jazdu do
Bandar-e-Abbas, jezeli sie uda. Wieczorem powinnismy byc juz w drodze,
o ile nie zdecydujemy zostac dluzej w tym najpiekniejszym i jednym z
najwazniejszych historycznie miast Iranu, bo nie bedziemy ukrywac, ze
nas oczarowalo. Szczegolnie w porownaniu z ogromnym i szarym
Teheranem.
PS Dzisiaj niespodziewanie przestal nam dzialac telefon, ktory - tym
bardziej niespodziewanie - jak dotad dzialal w Iranie. Byc moze to
tylko chwilowy problem, ale jezeli nie, to nie martwcie sie, ze w ten
sposob nie bedzie z nami kontaktu. Przeciez wszystko jest w najlepszym
porzadku i bawimy sie swietnie :)
czwartek, 22 września 2011
Ostatni dzien w Teheranie
Oczywiscie zartujemy, sprawa nie jest powazna, ale coraz czesciej ma jej dosc i zaluje, ze w ogole tu przyjechali.
Tak naprawde nie jest az tak zle. Po prostu Ada czasami marudzi, a Lukasz nie uwaza tego za stosowne.
No dobra. Koniec wyglupow. Nadal jest fajnie! :))))
***
Prosze Panstwa, dzis nadajemy z teheranskiego studia robiacego gry komputerowe. Zostalismy przyjeci bardzo, bardzo cieplo, nasze gadzety z Techlandu okazaly sie swietnym pomyslem, a my atrakcja roku ;)
U nas wszystko ok, wczoraj kupowalismy szmatki na bazarze, bylismy w wiezy Azadi, wiezy telewizyjnej i pilismy przepyszne soki ze swiezych owocow. Teraz niestety musimy konczyc, bo czeka na nas znajoma naszej znajomej Sylwii (ktorej przekazujemy serdeczne pozdrowienia do Kabulu, gdzie pracuje jako tlumacz). Bedzie pokazywac nam prawdziwe zycie w Teheranie, lokalne kafejki i mlodziez :) Mamy nadzieje, ze podrzuci nas na dworzec kolejowy, bo o 23 mamy pociag do Isfahanu. Jutro rano szukamy hotelu i zostajemy kilka dni w najpiekniejszym miescie Iranu :)
PS Od moich nowych kolezanek robiacych iranskie gry komputerowe dowiedzialam sie ciekawostwki, ze tutejsze panny mlode w dniu swojego slubu nie musze zaslaniac wlosow. To jedyny taki dzien w ich zyciu i wlasciwie to bardzo piekne, ze w ten sposob moga poczuc sie wyjatkowe :)
wtorek, 20 września 2011
Teheran
Marudzenie marudzeniem, ale co to dla nas. PRAWIE sie wyspalismy ;)
Tym razem nie bylo tez zadnego problemu z noclegiem. O ile w hotelu na ktory najbardziej sie czailismy nie bylo pokoji w interesujacym nas przedziale cenowym (burzujskie warunki zostawiamy za soba - juz nie potrzebujemy lazienki w pokoju ;), o tyle w hotelu po drugiej stronie ulicy powitano nas z otwartymi ramionami (to taki idiom; tak naprawde wlasciciel lezal jeszcze w lozku kiedy uzgadnialismy cene).
Informacje o zadufanych w sobie Teheranczykach mozna wlozyc miedzy bajki. Wydaje nam sie, ze ludzie (a zwlaszcza hotelarze) sa tu duzo bardziej goscinni i pomocni.
Po zameldowaniu i pierwszym od 2 dni porzadnym prysznicu uderzylismy na miasto. Najpierw pod byla ambasade USA - symbol zla i wystepku, ktory opanowal caly zachodni swiat. Graffiti na otaczajacych ja murach nie pozostawiaja zludzen: Iran to dzis jedyna ostoja sprawiedliwosci, a Statua Wolnosci ma przeciez twarz trupiej czaszki.
Idac dalej tym tropem postanowilismy odwiedzic polozone pod miastem mauzoleum Ajatollaha Chomeiniego - tutejsza wersje Lichenia. Jak tylko przekroczylismy prog tymczasowego meczetu (caly kompleks jest w budowie od kilku lat) zostalismy zagadnieci, czy mowimy po angielsku. Jak tylko przyznalismy sie, ze umiemy nawet czytac w tym jezyku obdarowano nas obszerna biografia Ajatollaha w jezyku wszystkich przyjezdnych turystow.
* * *
Na koniec chcielismy podzielic sie z Wami naszymi refleksjami na temat tego, co frapowalo nas najbardziej przed przyjazdem tutaj, czyli o normach obyczajowych.
Przede wszystkim ustalmy jedno - nie jest zle.
Hidzab to oczywiscie nieodzowny element stroju KAZDEJ kobiety, panienki i dziewczynki (normy przewiduja "ubranie" w niego kazdem 9-latki, ale chodzac po ulicach jestem pewna, ze zakrytych bylo duzo dziewczynek ponizej tego wieku). Milo zaskoczylo nas to, ze wiele par chodzi po ulicach trzymajac sie za rece :) Oczywiscie po zmroku ich liczba drastycznie wzrasta, ale nawet w ciagu dnia nikt nie patrzy krzywo na taki rodzaj kontaktu miedzy osobami odmiennej plci (bo pomiedzy osobami tej samej plci jest to zupelnie normalne).
Czytalismy duzo o segregacji plciowej w publicznym transporcie. O ile w autobusach faktycznie bardzo mocno to widac (panowie z przodu, panie z tylu), o tyle w metrze - prawie w ogole. Milym zaskoczeniem byly wagony tylko dla kobiet - po jednym z przodu i z tylu kazdego skladu, jest to jednak tylko udogodnienie dla pan, a nie jakikolwiek zakaz czy nakaz. W pozostalych wagonach oprocz panow jezdza tez panie - w roznym wieku i, jakby to ujac, stopniu zakrycia. Oddzielne wagony to wiec przede wszystkim luksus - pozostale wagony bywaja naprawde bardzo zatloczone i - jak to miedyz nami, facetami - czasami smierdzi ;) Normalne jest tez, ze w metrze kobieta siada obok obcego nawet faceta. Zdarzylo nam sie, ze kiedy zwolnilo sie miejsce dla Ady, pan obok odstapil swoje Lukaszowi, zebysmy mogli siedziec obok siebie.
Kobiety pelnia takie same funkcje, jak mezczyzni - czesto pracuja w agencjach turystycznych, kioskach, straganach i "mozna do nich mowic" bez zadnych obaw ;) A zupelnie inna para kaloszy sa mlodzi ludzie, jak siostra studenta, ktorego poznalismy wczoraj na dworcu w Tabrizie. Podbiegla do nas, o malo co nie rzucila sie na szyje, uscisnela dlonie i przytulila, kiedy jej brat robil nam wspolne zdjecie.
Jezeli chodzi o temat naszego "malzenstwa", to pytania pojawiaja sie tylko wtedy, kiedy ludzie nie wiedza jak zwracac sie do Ady. Nie ma to zadnego wplywu na cokiolwiek - meldunek w hotelach, zakup biletow na autobusy i pociagi czy zwykla rozmowe w parku.
Ogolnie jest naprawde bardzo dobrze :)
PS kupilam sobie dzisiaj piekne spodnie! Pokaze juz niebawem :)
PPS az dziwne, ze o tym wiekopomnym wydarzeniu napisano tylko jedno zdanie.... (Lukasz)
PPPS Tato Marjuszu odpisz ma ostatniego maila z zapytaniem, bo nie wiem co i jak.
poniedziałek, 19 września 2011
Jak za pewno juz wiecie nasze wrozby sie sprawdzily, Polonia pokonala Legie 2:1. Z tajemniczego zrodla wiemy tez, ze mecz na pewno byl zaciety, a trybuny szlaly. Niestety jak podaja media: "Rzeźniko-drwal Vrdoljak" sfaulowal Teodorczyka i zlamal mu noge. Trzymamy kciuki za szybki powrot do zdrowia i na boisko!
Tymczasem u nas slonecznie i cieplutko. Zgodnie z planamy odwiedzilismy dzisiaj Kandovan, gdzie spedzilismy mile dwie godzinki na zwiedzaniu hardcorowej wioski wydrazonej w skalach na srodku wypalonej sloncem wyzyny. Wieczorem wsiadamy w autobus do Teheranu i zobaczymy, co ciekawego czeka nas tam :)
Dzisiaj w zastepstwie dlugiej notki mamy dla Was kilka fotek :)
Ada - Iranka
Ada - Iranka w calej okazalosci
Lukasz - Podroznik (jak zawsze)
Ulica Imama Chomeiniego w Tabrizie, odcinek pelen sklepow okulistycznych
Na koniec, zebyscie nie nudzili sie kiedy nie bedziemy online polecamy Wam serial dokumentalny zrealizowany przez BBC o Iranie i jego walorach turystycznych. Czesc pierwsza pokazuje wybrzeze Morza Kaspijskiego, gdzie nas nie bylo. Czesc druga to Isfahan, kolejny po Teheranie punkt naszej podrozy, trzecia - Jazd, Sziraz i Persepolis, a czwarta Bandar-e-Abbas i atrakcje Zatoki Perskiej. Wszystkie czesci serialu sa na youtube, niestety tylko po angielsku i bez poslkich napisow.
Link do 2 odcinka
Polecamy :)
niedziela, 18 września 2011
IRAN, IRAN, IRAN!!!
Tym razem juz bez niespodzianek, wczoraj rano wsiedlismy w autobus relacji Erewan - Teheran i rozpoczelismy fascynujaca ponad 12-godzinna podroz. Bylo na tyle w porzadku, na ile w porzadku moze byc siedzenie calego dnia w autokarze przemierzajacym imponujace kaukazkie szlaki. Zachwycily nas widoki - w ciagu jednego dnia widzielismy tyle 3-, 4-, a nawet 5-tysiecznikow, ile srednio Polak widzi w ciagu calego zycia ;) Pozytywnie zaskoczyla nas tez odprawa graniczna. Bylo szybciutko, bezproblemowo, a na pewno nie tak restrykcyjnie, jak sie tego spodziewalismy (jeszcze ostatniej nocy w Erewaniu wyrywalismy reklamy bielizny z Wysokich Obcasow, zeby nie trafic do egzotycznego wiezienia za szmugiel erotyki).
W srodku nocy jako jedyni wysiedlismy w Tabrizie (kierowca bardzo wdziecznie wysadzil nas na rondzie krzyzujacym dwie autostrady). Nie spodziewajac sie juz niczego zlego zlapalismy taksowke i pojechalismy na ulice bedaca zaglebiem hotelarskim Tabrizu. Nastawilismy sie na hotel Morvadit ze sredniej polki cenowej - po kilku nocach w hostelach w koncu nam sie nalezy (10$ za pokoj dwuosobowy to prawdziwe szalenstwo cenowe na tutejsze warunki). Nie zdziwilo nas zbytnio, ze nie bylo wolnych miejsc. Zdarza sie. Kiedy jednak sytuacja powtorzyla sie kilka...nascie razy zaczelismy porzadnie sie martwic. W tutejszej kulturze w srodku nocy jest naprawde PUSTO na ulicach (podczas prawie godzinnej wedrowki spotkalismy doslownie kilka osob, z czego zdecydowana wiekszosc sprzatala smieci i ulice...).
Powoli zaczelismy nastawiac sie na nocleg w parku albo znaleziejnie najblizszego dworca. Z nieba spadl nam przystojny, mowiacy po angielsku (i niemiecku!!!) mlodzieniec, ktory zaproponowal podwiezienie do jakiegos hotelu, w ktorym na pewno beda miejsca. Powiedzial, ze to nic nadzwyczajnego o tej porze w Tabrizie - to stosunkowo chlodny obszar kraju i bardzo wielu Iranczykow z calymi rodzinami przyjezdza tutaj wlasnie teraz, kiedy w reszcie kraju jest jeszcze upiornie goraco. Poza tym szukalismy w centrum miasta, czesci stricte handlowej, gdzie wszystkie tanie hotele sa zajete przez handlarzy z roznych graniczacych krajow.
Obietnice spelnil. Zawiozl nas do pieknego hotelu na przedmiesciach, w ktorym recepcjonisci powiedzieli, ze oczywiscie, ze maja dla nad wolny pokoj. Jak sie okazalo - za 185$. Auc!
Byla 3 nad ranem, my bylismy zmeczeni calodzienna podroza, a szanse znalezienia jakiegokolwiek innego miejsca byly znikome. Kiedy powiedzielismy, ze ta cena nie wchodzi w gre, uprzejmi panowie z recepcji wykonali serie telefonow do zaprzyjaznionych, tanszych hoteli, ktore oczywiscie okazaly sie w pelni zajete. Zrezygnowani postanowilismy zostac tu chociaz na te jedna noc. Wytargowalismy sie do 160$ i poszlismy sprawdzic, jak wygodne sa najdrozsze lozka w Iranie.
Hotel byl calkiem fafarafa, natomiast za tak chore pieniadze spodziewalismy sie zlotych klamek, a zobaczylismy zaplesniale rury i dziure w przescieradle ;) Oczywiscie to tylko detale, ktore udalo nam sie wypalac miedzy wyciaganiem sie na 4-metrowym lozku a jedzeniem obfitego lokalnego sniadania ;)
Luksusy luksusami, ale tak naprawde caly czas bolalo nas te 1 500 000 riali, na ktorych wlasnie przespalismy ;) Po sniadaniu zebralismy rzeczy i poszlismy znalezc cos tanszego.
Ku naszemu zaskoczeniu - udalo sie. Zajelismy chyba jedyny wolny tani pokoj w calym Tabrizie (a moze w calym Azerbejdzanie Zachodnim - tutejszej prowincji Iranu...?). Zaplacilismy za niego... 5 zl. Co prawda lazienka jest ISCIE azjatycka (sedes wyglada, jakby zapadl sie pod podloge, a spluczke pozarl jadowity wezyk ;)), w naszym pokoju stoja 4 lozka (i przez chwile zastanawialismy sie, czy nasza piatka nie wykupilismy wszystkich 4 lozek), ale jestesmy na dobrej drodze, zeby odbic sobie luksusowa pierwsza noc ;)
Reszte dnia spedzilismy poznajac miasto i robiac zakupy tekstylne, zeby Ada z radoscia mogla przebrac sie za Iranke. Udalo sie, teraz (w kocnu!) nikt nie zwraca na nia wiekszej uwagi. Uznalismy to za bardzo sluszny krok po tym, jak pani na ulicy przezegnala sie na jej widok ;) A jak wiadomo muzulmanie zegnaja sie naprawde rzadko. Musiala zobaczyc cos naprawde strasznego... ;D
Kupilismy ceglana tuniczke (podstawa stroju tutejszych dziewczat - dlugie spodnie, tunika/plaszczyk/koszula za pupe) i trzy szmatki w bardzo dostojnych kolorach.
(Tym przydlugim opisem zakupow i mody Ada starala sie powiedziec, ze odwiedzilismy najwiekszy zabytek Tabrizu - bazar wpisany na liste UNESCO.)
Wracajac do mody - roznice sa ogromne. Z jednej strony mozna spotkac wymodzone i wyzwolone mlode dziewczyny, ktore pupe zakrywaja cieniutka koszula, a chusta zakrywa tylko ich kok, podczas gdy cala glowa jest odkryta. Najwieksza grupe stanowia kobiety w swego rodzaju polskich "jesiennych plaszczykach", prawie zawsze czarnych i grubych i chustkach zawiazanych modnie pod szyja (jak nasze babcie w latach 60-tych). Nie moge zrozumiec, co sprawia, ze chodza tak pancernie i grubo ubrane, jezeli na dworze jest prawie 30 stopni... Ale moja ulubiona grupa (a zarazem druga skrajnoscia) sa ortodoksyjne muzulmanki, ktore wlasciwie nie wiadomo co maja na sobie, bo opatulone sa w ogromne czarne przescieradla (na ktore pieszczotliwie mowie: szmaty). Widac im tylko twarz, a calosciowo prezentuja sie bardzo mocno... bezksztaltnie. Jako ze nie jestem muzulmanka, obowiazuja mnie tylko normy kulturowe, a nie religijne. Staram sie wiec w moim stroju wygladac estetycznie i nie wyzywajaco, a zarazem nie ugotowac sie w srodku.
Koniec koncow trafilismy do parku, gdzie spedzilismy kilka godzin siedzac na trawce w cieniu, popijajac herbate (3 herbaty + pol kilo cukru ok. 2,5 zl) i jedzac cudowne swieze pistacje, brzoskwinie i winogrona (calosc ok. 10 zl. W tym 0,7 kg pistacji. Ha!)
Na koniec chcielismy Wam pogratulowac. Jako ze jest tu inna strefa czasowa (ostatecznie 2,5 h na plusie w stosunku do Polski) to jest juz po meczu i znamy wynik derbow. W tym roku, bez zmian, wygrala Polonia! ;)))))
Jutro prawdopodobnie wybierzemy sie do wioski oddalonej od Tabrizu o 40km, zeby zobaczyc stara osade porownywana do tureckiej Kapadocji - domow w skalach. Potem obejrzymy meczet w Tabrizie i wieczorem pojedziemy do Teheranu, zeby jutro rozpoczac od rana poszukiwania taniego hotelu. Majac na to 18 godzin wiecej, niz ostatnio moze sie uda ;)
Buziaki! :)))
piątek, 16 września 2011
Niespodziewanie: Erewan 2
Jestesmy nadal w Erewaniu. Co prawda rano stawilismy sie na wyznaczone miejsce w oczekiwaniu autobusu do Tabrizu, szybko okazalo sie jednak, ze:
a) zamiast jednego autobusu sa 4
b) wszystkie 4 zajete w 100%
c) najblizsze wolne miejsca - za 2 dni
Po wielkim zamieszaniu skonczylo sie na tym, ze jednak jedziemy jutro. Prawde mowiac i to jest prawie nieprawdopodobne.
Najpierw pod swoje skrzydla wzial nas "wylaszczony"pan kierowca, ktory obiecal nam miejsca. W tlumie dzikich i niezorganizowanych podroznikow nie czulismy sie jednak do konca pewnie, nawet z ta obietnica. W ostatniej chwili okazalo sie, ze mimo kilku prob postawienia wszystkiego na glowie nie ma dla nas miejsc. Juz mielismi odchodzic, kiedy wybuchla niemala awantura z trojka starszych pasazerow, ktorzy mieli sporo nadbagazu w postaci obwiazanoch sznurkiem kartonow. Obsluga autobusu powiedziala jednoznacznie, ze nie moga z tym pojechac, w zwiazku z czym... postanowili ze skutkiem natychmiastowym anulowac ich bilety, a nas juz sadzali w srodku i wypisywali bilety wg paszportow! ;) Przez dluzsza chwile naprawde siedzielismy w autobusie do Teheranu; niestety, pierwotni pasazerowie nie odpuszczali i nawet po interwencji szefa calego przedsiebiorstwa przewozowego udalo im sie wywalczyc swoje miejsca. Nie obylo sie bez krzykow i nerwow. Na szczescie przez caly czas pozostawalismy bezstronni - i tak nic nie rozumielismy, wcale nie upieralismy sie, zeby jechac na czyims miejscu, a to kierowcy zalezalo najbardziej, zeby nas wziac ;)
Kiedy znowu stalismy na dworcu (poza autobusem :( ) stracilismy nadzieje i rozwazalismy wynajecie taksowki do granicy na spolke z innymi pasazerami, ktorzy nie zalapali sie do autobusu. Wyszloby drozej i mniej komfortowo, ale podazalibysmy w dobrym kierunku. Nie zdazylismy do konca przemyslec wszystkich za i przeciw, kiedy podbiegla do nas przedstawicielka przewoznika zajmujaca sie biletami z radosna informacja, ze ambasada Iranu zrezygnowala z rezerwacji 2 miejsca na jutrzejszy kurs i moglismy od razu wykupic te bilety. Podkreslam - ku uciesze kierowcow i formy organizujacej przejazd ;)
Coz - wyjezdzajac bylismy przygotowani, ze nie wszystko bedzie szlo jak po masle, wiec dzisiejsza sytuacja niespecjalnie nas zmartwila.
Dodatkowy dzien w Erewaniu postanowilismy wykorzystac nie przemeczajac sie: ponownie zameldowalismy sie w hostelu i po chwili odpoczynku ruszylismy zwiedzic muzeum Ludobojstwa Ormian. I tym razem nie obylo sie bez taksowkarza, ktory wiozac nas dzwonil do znajomego pytajac o najlepsza droge, by koniec koncow wysadzic nas na palacym sloncu w szczerym polu.
Muzeum wybudowane kilkanascie lat temu robi wrazenie, chociaz niektore metody (pomnik grajacy zalobna muzyke) wprawiaja w zaklopotanie.
Wydawac sie moze, ze kazda zagraniczna delegacja w Erewaniu obowiazkowo odwiedza te same miejsca: wspomniane wyzej muzeum i wizytowana przez nas wczoraj fabryke koniaku Ararat. I tu, i tu zostawiaja po sobie slad: drzewko w parku pamieci i... wlasna beczke lezakujacego koniaku (do odebrania w wybranym przez siebie momencie, a poki co - atrakcje dla zwiedzajacych). Obfotografowalismy beczki i drzewka Kwasniewskiego, Komorowskiego i Walesy.
Przy okazji warto pochwalic sie, ze zostalismy wytrawnymi smakoszami i znawcami koniaku. Tak jak zapowiadalismy, zwiedzanie konczylo sie hojna degustacja - do dyspozycji mielismy armenskie czekoladki (pycha!) i 3 rodzaje koniaku dla porownania: 3-, 7- i 10-letni. Roznica nie do opisania - pierwszy pachnial tanim spirytem ;), drugi smakowal nam najbardziej, a w trzecim czuc bylo skumulowana moc alkoholu. Poznalismy kilka trickow smakoszy koniaku (np. to, jak powinien splywac po sciankach kieliszka, albo co powinno sie z nim dziac, kiedy przekrecimy kieliszek na bok) i kupilismy smakowite prezenty dla naszych najblizszych ;)
W zwiazku z calym zamieszaniem z autobusem to jutro bedziemy "poza zasiegiem" i najstepna relacja pojawi sie najszybciej w niedziele. :)
czwartek, 15 września 2011
Erewan
- Czy to prawda, ze w Moskwie na Placu Czerwonym rozdaja Wolgi?
- Tak, to prawda. Z tym, ze nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, a na Placu Lenina, nie Wolgi, tylko rowery i nie rozdaja, a kradna.
Tym optymistycznym akcentem zaczynamy relacje ze stolicy Armenii. Przejazd byl fatalny - wytrzeslo nas jak cholera, a maly busik zapieprzal po kretych gorskich drogach jak szalony. Okazuje sie, ze zasady ruchu drogowego w Armenii obowiazuja podobnie, jak w Gruzji. Przede wszystkim:
- mozesz wjechac wszedzie. i zawsze. i wszystkim.
- mozesz zaparkowac wszedzie. i zawsze. i wszystkim.
- wyprzedzaj. zawsze, kiedy to tylko mozliwe. Podwojna ciagla, zakret, wzniesienie ani wyprzedzanie samochodu, ktory w tej chwili wlasnie wyprzedza inny samochod nie sa przeszkodami. Nawet, jezeli wystepuja wszystkie jednoczesnie.
- przechodz przez jezdnie tam, gdzie akurat ci pasuje. Nawet, jezeli to droga czteropasmowa. (w Armenii wielkie zainteresowanie wzbudzilyt w nas SWIATLA dla pieszych. Musze przyznac, ze niektorye samochody nawet sie na nich zatrzymuja.)
- jezeli na Twoj pas wyjdzie pieszy (czasami bardzo niespodziewanie) to nie hamuj. Po prostu sprobuj go ominac.
- jezeli widzisz, ze nie uda ci sie go ominac, nie zwalniaj. Trab!
- trab w kazdej sytuacji, kiedy Twoje pierwszenstwo moze byc zagrozone.
;)
Dojechalismy na miejsce ok. godz. 16, czyli po 6 godzinach podrozy. Zaskoczyla nas architektura: orientalna z silnymi wplywamy monumentalizmu. Bardzo duzo nowych, ladnych budynkwo i modnych sklepow. (Na przykladzie sklepu ESCADA tlumaczylismy naszemu nowemu koledze, jak brzmi moje imie: ADA). Erewan wyglada na o wiele bardziej logicznie zaprojektowany, niz Tbilisi. Mimo tego, ze obydwa miasta wydaja sie byc podobne (leza blisko siebie, sa stolicami bylych republik radzieckich, co mialo duzy wplyw na ich wyglad), okazuja sie zupelnie inne. Inni ludzie, inne ulice, inne samochody, inne zasady, inne budynki, wszystko inne.
Szczegolne wrazenie zrobil na nas "pomnik" 50-lecia ZSRR, tj. Kaskada skladajaca sie z kamiennych schodow, pieknych fontann i kolorywch kwiatow. Zaczeto go budowac dla uczczenia tej rocznicy, okazalo sie jednak, ze Zwiazek Radziecki upadl, zanim projekt byl ukonczony. Przez wiele lat stal prawie zapomniany w oczekiwaniu na swoje lata swietnosci, az dopiero w 2001 roku ormianski biznesmen, milioner i kolekcjoner sztuki sfinansowal budowe ostatnich jego czesci oraz zalozyl muzeum sztuki powiazane z cala budowla. Wyglada cudownie! :)
Osobne dwa zdania trzeba przeznaczyc mieszkancom Erewania. Tak jak Gruzini wydawali nam sie najzwyczajniej w swiecie brzydcy, tak Ormianie staraja sie z tym faktem walczyc: panowie pomimo powalajacej brzydoty ubieraja sie wedlug najnowszych swiatowych trendow (Armani, Versace, Dolce&Gabbana + ruska grzyweczka, skorzane mokasyny, a to wszystko w polewie litrow perfum), a 90% przedstawicielek plci pieknej bierze za wzor swoja rodaczke Kim Kardashian (Dolce&Gabbana, Coco Chanell + szpileczki, markowe torebeczki i filmowy make-up). Tym drugim korzystanie ze swiatowych trendow idzie zdecydowanie lepiej.
Wczorajszy dzien w Erewaniu umilal nam nowy kolega. W busiku z Tbilisi poznalismy sympatycznego Iranczyka o wdziecznym imieniu Mehdi. W ramach samopomocy polsko-iranskiej staralismy sie ulatwic mu podroz z powrotem do domu: zaprowadzilismy na dworzec, a kiedy okazalo sie ze najblizszy autobus odjezdza dzien pozniej - oprowadzilismy po Erewaniu jak tubylcy ;> i polecilismy nasz hostel, z ktorego chetnie skorzystal. Innymi slowy: pierwsze koty za ploty, pierwsze kontakty w Iranie nawiazane - zaproszenie do miasta Kazbir aktualne.
Dzis nasz pierwszy caly dzien w Erewaniu, wiec moc atrakcji jeszcze przed nami (chociaz zegar wskazuje 14:37 - czemu nikt nam nie powiedzial, ze w Armenii po raz kolejny powinnismy przestawic zegarek o godzine?): planujemy wypad do muzeum koniaczku (nieszlibysmy gdyby nie slowo "degustacja" pojawiajace sie w materialach reklamowych), Blekitnego Meczetu i twierdzy Erebuni (rzekomy protoplasta Erewania).
Jutro o 10 ruszamy dalej: Autobusem ku granicy z Iranem, do Tabrizu. Dojedziemy tam w srodku nocy, wiec najblizszego wpisu oczekujcie pojutrze.
Adusia i Lukaszek
PS: Wszystkie komentarze czytamy i kazdy strasznie nas cieszy :)
PPS: Sabrisiu, 1. Nie, bardzo milo. 2. Tak w sam raz pod Ciebie. 3. Nie, ale pozdrawia :*
środa, 14 września 2011
... i kawa w cenie!
wczorajszy dzien uplynal nam na chodzeniu i wspinaniu sie po gorach. najpierw poprosilismy taksowkarza, zeby zawiozl nas pod fortece gorujaca nad miastem. po kilku rundkavh po centrum i postojach, zeby zapytac o rade kolegow po fachu sami zrezygnowalismy i wspielismy sie tam na nogavh. widoki - niezapomniane! pozniej udalismy sie w strone bogatych, modnych dzielnic vake i vere, ktore jednak nie zrobily na nas wiekszego wrazenia. bylo tam ardzo europejsko - czyli dla nas fuj ;) zrobilismy sobie fotki z szaliami polonii pod stadionem dynamo tbilisi i trafilismy do lokalnej spelunku (sory, mamo, napisalam eufemistycznie pijalni piwa, zebys nie umarla ze strachu) na khinkali - lokalne duuze pierogi z nadzieniem z pikantnej wolowiny z kolendra i dwa piwka. calkiem zabawnie bylo sie dogadac, bo nikt nie mowil w zadnym innym jezyku, niz gruzinski.
nastepnym razem opiszemy wam kilkukilotetrowa ulice (jedna z glownyvh w miescie), ktora byla cala w remoncie - na calej dlugosci. elewacje kamienic, chodniki, ulica, wszystko! oraz kilka zasad ruchu drogowego na kaukazie - najwazniejsza to chyba: ty zawsze masz pierwszenstwo i nie boj sie walczyc o nie klaksonem!
a tymczasem siedzimy sobie w busiku do erewania. na dworcu calkowie zaskoczenie: czekal na nas nowiutku mercedes vito z klima! w cenie biletu (40 lari) kawusia siekiera z kiosku na dworcu w plastikowym kubeczku.
ps - w knajpie kupilismy 6 pierozkow i 2 piwa. zaplacilismy 5.90 lari. od wczoraj zastanawiamy sie, ile kosxtowalo piwo ;)
poniedziałek, 12 września 2011
Tbilisi 1
Lot minal nam szybko i przyjemnie. Niecale poltorej godziny z Warszawy do Rygi i ponad trzy z Rygi do Tbilisi. Na lotnisku w Rydze przez chwile czulismy sie troche nieswojo - lotnisko bylo bardzo, bardzo ladne i nowe, a z bramki obok odlatywal lot do Odessy. Niektorzy pasazerowie sprawiali wrazenie, jakby czekali na niego kilka dni i nie szczedzili pieniedzy na alkohol na strefie wolnoclowej... ;)
Wyladowalismy o 5 rano. Pierwszy pociag z lotniska do centrum miasdta odjezdzal o 6.10, mielismy wiec czas na "poranna" kawe (w Polsce byla wtedy 4 rano...) i szybka integracje z innymi Polakami z duzymi plecakami, ktorzy przylecieli razem z nami z Warszawy. Bylo ich 6 oprocz nas, okazalo sie jednak, ze wszyscy planuja podrozowac tylko po Gruzji i ewentualnie Turcji. Szkoda.
Z dworca centralnego podjechalismy metrem na Stare Miasto (ruchome schody 200m w dol - wow!) i spacerkiem udalismy sie do hostelu, zeby zostawic bagaze. Nie chcialo nam sie jeszcze spac, bo przespalismy sie troszke w samolocie, poszlismy wiec zwiedzac, zwiedzac, zwiedzac! Stare Tbilisi jest piekne, chociaz strasznie odrapane i - jakby to ujac - prowizoryczne ;) Z drugiej strony bardzo widac nowe inwestycje: futurystyczny most - kladka dla pieszych, piekny ogrod z placami zabaw i atrakcjami dla mieszkancow. Lokalny sposob jazdy samochodem wydaje nam sie iscie azjatycki - wszyscy jezdza tak, jak chca, przechodza przez ulice tam, gdzie im akurat najwygodniej i zupelnie nie zwracaja uwagi na samochody pedzace wysoko ponad dopuszczalna predkoscia. Narazie nic nam sie nie stalo, ale caly czas staramy sie miec oczy dookola glowy ;)
O 11 lokalnego czasu (Polska: -2h) bylismy na tyle padnieci, ze podreptalismy do hostelu na 3-godzinna drzemke. Wracajac w strone centrum wstapilismy na "lunch" - chaczapuri z serem i polsurowym jajkiem (pycha!), placek z wolowina (swietnie doprawiony) i miejscowe piweczko. Sabrina nie miala racji, ze jedzenie tu jest niesmaczne! ;)
Teraz wybieramy sie w strone zachodniego Tbilisi, czyli nowej, nowobogackiej wprost czesci miasta.
***
Jutro nadal bedziemy spacerowac po Tbilisi, w srode rano jedziemy autobusikiem do Erywania (6h jazdy, 300 km) i tam zostaniemy kolejne 2 dni.
Na sam koniec pozostawilismy najlepsza wiadomosc dzisiejszego dnia - dostalismy wizy do Dubaju!!!! :)
niedziela, 11 września 2011
Supra, czyli uczta to centrum życia towarzyskiego Gruzinów. Tradycja wspólnych biesiad obrosła przez wieki bogatym rytuałem. Przy suto zastawionym stole rozmawia się o rodzinie, sztuce, polityce, religii, życiu i śmierci. Jest to czas umacniania więzi miedzy członkami rodziny, przyjaciółmi i współpracownikami. Zamiłowanie narodu gruzińskiego do biesiad i pogodny stosunek do życia zrodziły piękną legendę o powstaniu Gruzji.
Nie ma uczty bez toastów a toastów bez tamady. Można go określić jako przewodnika stołu czy wodzireja. Rolą tamady jest dbanie o porządek podczas biesiady. Tamadę wybiera się demokratycznie spośród współbiesiadników. Zwykle jest to dojrzały mężczyzna, który cieszy się szacunkiem i potrafi wygłaszać oratorskie toasty.
Szła żaba przez jezdnię, a że nie uważała, straciła tylne łapki pod kołami samochodu. Doczołgała się do chodnika i myśli sobie:
- Całkiem ładne były te nogi, muszę po nie wrócić.
Ledwie zdążyła wejść z powrotem na jezdnię, jak następny samochód pozbawił ją głowy.
Wypijmy za to, by nie tracić głowy dla ładnych nóg!
sobota, 10 września 2011
czwartek, 8 września 2011
Garsc statystyk
Do Rygi Air Baltic: Fokkerem 50.
Do Tbilisi Air Baltic: Boeingiem 737-300.
Do Kijowa Aerosvit: Airbusem 320-100.
Do Warszawy LOTem: Boeingiem 737-400.
Przejedziemy około 2700 km.
Przepłyniemy blisko 300 km.
W sumie ok. 10.000 km w powietrzu, lądem i wodą.
wtorek, 6 września 2011
- Tbilisi, 1 mln mieszkańców, to założona w V wieku stolica Gruzji (czyli po gruzińsku: Sakartwelo - kraj Kartwelów).
- Erywań (czyli Erewań, Yerevan), 1 mln mieszkańców, to stolica Armenii (po ormiańsku: Hajastan - kraj Hajów, czyli Ormian). Według Ormian założony w 782 r. p.n.e. przez władcę Urartu Argiszti I jako twierdza Erebuni.
W tym miejscu krótkie wyjaśnienie: Wszystkie ludy Kaukazu, a więc i Ormianie, i Gruzini, i Azerowie straszliwie naciągają swoją historię wykorzystując ją do państwowej propagandy. Kaukaz był zamieszkany już w starożytności - wszyscy więc podpinają się pod plemiona i narody, które w starożytności Kaukazem władały, by uzasadnić swoje zapędy terytorialne i prawo do ziemi.
Gruzini - pod plemiona kartwelskie znad Morza Czarnego: twórców państw Diaochy (XII w. p.n.e.), Kolchidy (X w. p.n.e.) i Iberii (V w. p.n.e). Same plemiona mają zaś pochodzić od biblijnego Kartlosa, praprawnuka Noego.
Ormianie idą tym samym tropem - chcą pochodzić od Haika, również praprawnuka Noego. Przekonują, że pierwszym ormiańskim państwem była Chajasa w XX w. p.n.e., następnie - Urartu (VIII-VI w p.n.e.). Sama nazwa Armenia (do dziś nigdy nie używana przez samych Ormian) pojawia się w V wieku p.n.e., m.in. u Herodota.
Reasumując: i z tymi, i z tymi nie warto rozmawiać o historii w innym kontekście niż jej wychwalania ;)
Wiadomosc email
Z informacji bieżących:
- wizy do Iranu załatwione,
- wizyta w studiu developerskim w Teheranie dogadana (twórcy gry Mir Mahna zapraszają :) http://www.youtube.com/watch?v=KYG0s0Rhc18 ),
- spora część kasy wymieniona, a z resztą czekamy, bo dolar szaleje. Dziś w Kantorze na Świętokrzyskiej sprzedają po 3 zł - jeszcze 2 miesiące temu kupowaliśmy go 20 gr taniej...
Czas sie pakować i drukować notatki.